podróże
Znajdź w serwisie giramondo.pl    
 

Blog użytkownika bialaherbata

Bogota - w drodze do El Dorado

March 18, 2010 przez bialaherbata   Komentarze (0)

, ,

Bogota - w drodze do El Dorado

Niecałe cztery lata temu odbyłam swoją największą i najdziwniejszą, jak dotąd, podróż. Razem z siostrą i rodzicami spędziliśmy dwa wakacyjne miesiące w Kolumbii, często pomijanym w ofercie wycieczkowej kraju Ameryki Południowej. Prawdopodobnie nie wybralibyśmy się tam, gdyby nie specyficzne okoliczności rodzinne i zawodowe. Nasz cel wydawał się nam bardzo egzotyczny, bo nie byliśmy nigdy wcześniej na tym odległym o tysiące kilometrów kontynencie. W końcu stało się - bilety zarezerwowane na 5 lipca, lot z przesiadką w Paryżu. To zaczynało być prawdą!

Mieszkaliśmy w Bogocie, stolicy kraju. Już pierwszego dnia po kilkunastogodzinnym locie odczułam znaczną różnicę w otoczeniu - w Bogocie są rozległe, wielopasmowe ulice, wysokie krawężniki, żeby nikt nie mógł parkować w niedozwolonym miejscu (a najwyraźniej same zakazy nie wystarczyły) i dosyć surowe, wysokogórskie powietrze. Miasto leży w andyjskiej Kordylierze Wschodniej, na wysokości ok. 2600 m, a więc okolic naszych Rysów. W związku z tym klimat jest bardzo zmienny. Bogota nie jest miastem, w którym jest gorąco, co często bywa kojarzone z pogodą Ameryki Południowej. Co ciekawe, już blisko godzinę drogi od Bogoty, gdy zjedzie się z gór, powietrze robi się gorętsze i bardziej suche.

Miasto jest zaprojektowane w dużej mierze zgodnie z trendami, które obowiązywały w latach 70. Są tu wysokie bloki z czerwonej cegły, ciasne ulice w centrum i dosyć zaniedbane deptaki z najróżniejszymi kioskami i sklepikami. Wśród tych zabudowań znajdziemy rewelacyjne muzea, w których można obejrzeć dzieła m.in. Picassa, Chagalla, Matisse'a i Fernanda Botero, kolumbijskiego twórcy bardzo charakterystycznej karykatury. Na kawę możemy zatrzymać się praktycznie na każdej ulicy (ja nie jestem jej wielbicielką, ale smakosze kochają kolumbijską kawę), również prawie na każdym rogu znajdziemy bar, w którym za kilka tysięcy pesos (czyli ok. kilka złotych) kupimy tzw. pasabocas, czyli kolumbijskie małe przystawki np. w postaci pierożka z warzywami, ziemniakami i ziołami. Wszystko doprawione dość kontrowersyjną w smaku kolendrą, która jest podstawą kolumbijskiej kuchni. Na specjalne okazje czekają drogie i bardzo ekskluzywne restauracje, w których można spotkać kolumbijskie gwiazdy filmowe i polityków.

Kolejna charakterystyczna rzecz to mieszkańcy Bogoty. Miasto liczy oficjalnie mniej więcej 9 mln osób, jednak są to tylko przybliżone dane. Dookoła miasta w szybkim tempie rozrastają się osiedla slumsów, gdzie profesjonalny spis ludności graniczy z cudem. Jak udało mi się zauważyć, Bogotanie dzielą się zasadniczo na kilka grup. Pierwszą i ilościowo największą stanowi społeczność biednych ludzi, którzy zamieszkują obrzeża miasta, wchodzące na wysokie zbocza gór. To właśnie ci ludzie często trudnią się hodowlą koki, która stanowi element koła napędzającego słynny kolumbijski narkobiznes. Oprócz nich istnieje warstwa średnia, która obejmuje najróżniejsze stanowiska pracy, posyła dzieci do szkół państwowych i jest stosunkowo neutralna. Trzecią grupą jest warstwa bogaczy, którzy wyjątkowo dbają o swój wizerunek w społeczeństwie. Jeżdżą drogimi samochodami, kobiety codziennie przed pracą odwiedzają fryzjerów i makijarzystów, a mężczyźni są absolutnymi głowami rodziny. Zatrudniają służbę (naprawdę taką, jak widzimy w licznych serialach latynoamerykańskich), a ich dzieci uczą się w szkołach prywatnych, co w Kolumbii jest oznaką wysokiego statusu. Można je rozpoznać po mundurkach, których nie ma w szkołach państwowych. Być może tego typu podziałów jest więcej i są obecne nie tylko w Kolumbii, ale miałam wrażenie, że ta społeczna układanka jest bardziej wyrazista, niż np. w krajach europejskich.

Ponieważ miasto jest bardzo rozległe, niezbędna jest odpowiednia komunikacja miejska. Niestety, osławiona przez mieszkańców Bogoty sieć Transmilenio, nie do końca spełnia swoje zadanie. Kolumbijczycy twierdzą, że jest to autobusowy odpowiednik naziemnego metra, który ma wyznaczone pasy po środku każdej ulicy, a do środka wsiada się, jak z peronu. Jednak autobusów jest za mało i są bardzo zatłoczone. Często nie udawało się wsiąść do kilku z kolei, mimo że był to środek dnia. Alternatywą są tzw. busety, czyli prywatne busiki, które jeżdżą w nawet najodleglejsze zakątki miasta. To nieco tańsza opcja, ale trudno jest się w niej połapać - nie ma regularnych przystanków (busety zatrzymują się na każde zawołanie, nawet na środkowym pasie na zielonym świetle), a tablice z informacją o trasie są trudne do odszyfrowania. Pozostają taksówki, z których korzysta mnóstwo ludzi. Są tanie i wygodne, jednak na początku podróży należy uzgodnić z kierowcą, którędy dokładnie ma jechać - w taksówkach często zdarzają się porwania.

Kwestia zachowania bezpieczeństwa i ostrożności jest w Bogocie niezmiernia ważna. Wynika to ze społeczności, które zamieszkują miasto, i szerokiej biedy, której państwo nie jest w stanie na odpowiednim poziomie utrzymać. Idąc na miasto, warto mieć przy sobie kilka drobnych banknotów dla osób żebrzących. Jest ich w Bogocie bardzo dużo, podchodzą do samochodów, gdy te stoją na czerwonym świetle, a już szczególnie czekają na turystów. Trzeba uważać, bo wiarygodnie wyglądający żebrak często okazuje się zwykłym złodziejem, który bardziej jest zainteresowany całym Twoim portfelem, niż kilkoma drobnymi. Nie powinno się też nosić drogiej i rzucającej się w oczy biżuterii, która jest smacznym kąskiem dla złodziei. Najlepiej jest wtopić się w tłum - zrezygnować z markowych ubrań i jaskrawych kolorów, a w szczególnie zagrożonych miejscach nie mówić w naszym języku. Lepiej porozmawiać nieco dalej, np. z dala od podejrzanie wyglądającej grupy osób, która badawczo się nam przygląda.

W centrum miasta możemy spotkać się z dużymi grupami mężczyzn, którzy stoją na środku chodnika, czy deptaku i przyglądają się sobie wzajemnie i innym. Nie spacerują, właściwie nie ruszają się z miejsca. Czasami można dostrzec prawie niezauważalny kontakt między nimi. To najczęściej nielegalni handlarze szmaragdami, które niewątpliwie są ogromnym skarbem Kolumbii. Oczywiście wśród nich są też dealerzy narkotykami. Najlepiej jest unikać wchodzenia między nich, równie dobrze można przejść drugą stroną ulicy.

Bogota, pewnie jak inne miasta Ameryki Południowej, zasługuje na bliższe poznanie i próbę zrozumienia. Jest to zupełnie inna kultura, niż nasza. Ale jeśli fascynuje nas ten klimat i ta całkowita odmienność nas nie przerasta, warto spróbować przebić się przez chłodną barierę, jaką często możemy wyczuć ze strony Kolumbijczyków. I odkryć, że w środku jest to bogaty w historię, naukę i temperament kraj. Mimo że spędziłam tam dwa miesiące, czuję, że to i tak zbyt mało, aby go lepiej zrozumieć i poczuć.

Dziesięć dni w Sharm El Sheikh

March 9, 2010 przez bialaherbata   Komentarze (0)

,

Conrad International Sharm El Sheikh

Mając już pewne pojęcie o europejskich "ciepłych krajach", postanowiłyśmy z siostrą sprawdzić inny, nowy dla nas kierunek - Egipt. W końcu wszyscy o nim tyle opowiadali, że wspaniały klimat, ciepłe morze, luksusowe hotele, po prostu idealny relaks. Na termin wyjazdu wybrałyśmy początek września, w obawie przed wysokimi temperaturami i liczbą turystów w lipcu i sierpniu. Wrzesień okazał się świetnym trafieniem, a Egipt doskonałym miejscem na urlop.

Nasz hotel położony był w Sharm El Sheikh w okolicach Naama Bay. Już pierwszego wieczora zrobiłyśmy sobie po nim mały spacer. Okazało się, że było raczej mało gości, co zdecydowanie było nam na rękę, bo zależało nam przede wszystkim na odpoczynku i spokoju. Hotel zaprojektowany był w formie kilkunastu tarasów, miałyśmy pokój umiejscowiony dosyć wysoko, dzięki czemu z tarasu był piękny, rozległy widok na morze. Kuchnia była rewelacyjna, a nauczone przestrogami znajomych, którzy już wcześniej byli w Egipcie, uzbroiłyśmy się w odpowiednie leki, które chroniły przed klątwą (zemstą?) faraona, dzięki czemu bez obaw mogłyśmy jeść wszystko, co podawali. I nic nam nie było, leki się sprawdziły.

Do plaży miałyśmy z pokoju kilka minut. Za to nie byłyśmy ani razu na basenie, gdyż tam od rana do wieczora odbywał się program animacyjny, który było słychać aż na plaży. A że nie przepadamy za animacjami, podziękowałyśmy za te rozrywki :)

Co ciekawe i jednocześnie dość smutne, za murami hotelu było zupełnie pusto, szaro i... brudno. Jedynymi obiektami w pobliżu były inne hotele, które wyglądały w tym otoczeniu jak egzotyczne oazy, oraz droga wiodąca do Naama Bay. Ale ponieważ chciałyśmy po prostu odpocząć, nacieszyć się plażą i świetnymi warunkami do nurkowania (ale tylko powierzchniowego, bo tego prawdziwego trochę się bałyśmy), nie zależało nam na wypadach do dyskotek, czy miejskich knajpek. Tak naprawdę większość hoteli w turystycznych regionach Egiptu to małe miasta w mieście - na ich terenie można znaleźć właściwie wszystko, co jest potrzebne osobom spędzającym swój urlop nad morzem. Natomiast zbrodnią byłoby nieuczestniczenie w którejś z wycieczek fakultatywnych oferowanych przez rezydenta, lub miejscowe biura podróży. Ale o tym innym razem :)

Wakacje na Paros

March 6, 2010 przez bialaherbata   Komentarze (0)

, ,

Cyklady nieznane - Paros

Każdy dzień spędzony na Paros był na swój sposób wyjątkowy. Z mapą w ręku planowałyśmy trasę wycieczkową, tak, żeby zobaczyć jak najwięcej ciekawych miejsc na wyspie. Jeździłyśmy nie tylko w okolicy naszego Logaras, ale pojechałyśmy też dwa razy na przeciwległy kraniec wyspy, gdzie spędziłyśmy cudowny czas w Parikii, głównym mieście Paros (na zdjęciach te wąskie, białe uliczki dekorowane kwiatami), i w Naoussie, również popularnym i stosunkowo dużym mieście.

Jak to w regionach turystycznych bywa, najwięcej zabudowań i osiedli było na brzegach wyspy, tuż nad morzem. Wewnątrz wyspy znajdują się głównie wioski zamieszkane przez miejscowych, moim zdaniem bardzo malownicze i klimatyczne. Paros generalnie nie wygląda na wyspę o dużym ruchu turystycznym - miasteczka przybrzeżne są podobnie spokojne, ładnie zagospodarowane, z typowo grecką architekturą. Nie straszą rozległe resorty, za to dużo jest małych pensjonatów o rodzinnym charakterze.

Jeśli akurat nie wybierałyśmy się na podróż po wyspie, wychodziłyśmy na przyhotelową plażę, na którą można było sobie wziąć leżaki z naszego hotelu. Nawet w środku dnia na plaży było mało ludzi, dzięki czemu można było naprawdę odpocząć, bez walki o pusty kawałek piasku. Plaża nie była zbyt szeroka, za to w kilku miejscach porośnięta drzewami, które dawały przyjemny cień. Woda w morzu krystalicznie czysta i... krystalicznie zimna, co nie jest zaskoczeniem na wyspach Greckich :)

Obiad jadłyśmy przeważnie na naszym tarasie, gdzie zawsze (zawsze!) silnie wiało i wieczorami nawet przydawał się sweterek (a był koniec lipca). Na kolacje często wybierałyśmy się do sąsiedniego miasteczka Piso Livadi - zaledwie dziesięć minut spacerkiem od nas. Miasteczko było podobne, do naszego, ale z większą liczbą knajpek, restauracji i pensjonatów. W jednej restauracji, jak się okazało, pracował Polak - student, który przyjechał na wakacje sobie dorobić. Miła niespodzianka w takim miejscu :)

Pierwszy wieczór na Paros

March 4, 2010 przez bialaherbata   Komentarze (0)

, , ,

Cyklady nieznane - Paros

Znalezienie naszego pensjonatu nie było łatwym zadaniem - zanim udało nam się wypożyczyć samochód, a nie obyło się bez nieporozumień i problemów, nastał zmrok. Drogi wewnątrz wyspy Paros są słabo oświetlone (przeważnie można polegać tylko na własnych światłach), więc trzeba było jechać powoli i rozglądać się na wszystkie strony w poszukiwaniu znaków drogowych i tablic informacyjnych. W końcu udało nam się dotrzeć do celu. Po kilku przystankach, gdzie wysiadałyśmy i pytałyśmy miejscowych i turystów o drogę, dojechałyśmy do miasteczka Logaras, gdzie znajdował się nasz pensjonat. Właścicielka, miła, starsza Greczynka, nierozumiejąca ani słowa po angielsku, dała nam klucze do pokoi i poleciła ze wszystkimi sprawami zwracać się do jej syna, który po angielsku mówił całkiem nieźle. Właściwie dowiedziałyśmy się o tym od niego, bo żadna z nas oczywiście nie zna greckiego. Szybkie rozpakowanie rzeczy, herbata i wyszłyśmy na wspólny taras. Słyszałyśmy tylko szum morza, które zdawało się być tuż pod nami, i widziałyśmy światła sąsiedniego miasteczka. Miałyśmy się wkrótce dowiedzieć, że jest to Piso Livadi, do którego warto przejść się na kawę mrożoną i makaron z krewetkami :) Poza tym dookoła nas była tylko bardzo ciemna noc i ciepły wiatr. Zmęczone podróżą i rewelacjami mijającego dnia, umówiłyśmy się na rano na śniadanie i poszłyśmy spać. A mi spało się wyjątkowo dobrze.

W drodze na Paros

March 1, 2010 przez bialaherbata   Komentarze (0)

, ,

Cyklady nieznane - Paros

Po tygodniu spędzonym na eksplorowaniu Aten, wyruszyłyśmy w mniejszym o jedną osobę składzie na nieznaną nam dotąd wyspę Paros, należącą do archipelagu Cyklady. Miałyśmy spędzić tam kolejny tydzień naszych greckich wakacji. Byłam bardzo ciekawa tej wyspy, gdyż miałam już wcześniej przyjemność poznać charakter greckich wysp. Jednak nigdy nie byłam na mniej znanej, nieobleganej aż tak przez turystów. Miałam nadzieję na kameralny klimat, rodzinny, prawie, że domowy nastrój w pensjonatach i rajskie widoki. Nie zawiodłam się.

Na Paros popłynęłyśmy promem z portu Pireus. Wiązało się to z przykrą przygodą w ateńskim metrze, o czym pisałam w niedawnej notce. Postanowiłyśmy wykorzystać tych kilka dni na odpoczynek i relaks, niezależnie od napotkanego stresu i nieprzyjemności.
Prom był duży i wygodny, jednak w porcie miałyśmy mały problem, by wejść na odpowiedni - obsługa portu odsyłała nas od jednego statku do drugiego. W końcu trafiłyśmy tam, gdzie trzeba. Zostawiłyśmy bagaże w specjalnym magazynie, znalazłyśmy swoje miejsca i wkrótce wypłynęłyśmy z portu. Dzięki spokojnemu morzu, statkiem nie kołysało i żadna z nas nie miała lokomocyjnych "rewelacji". Za to niespodzianką okazały się ceny w bufecie, gdzie mrożona kawa (aczkolwiek przepyszna!) kosztowała kilka razy więcej, niż w centrum Aten. Ale że raz się płynie na Paros, nie odmówiłyśmy sobie.

Gdy byliśmy już daleko od lądu, wyszłyśmy z siostrą na zewnętrzny pokład. Uderzył nas pęd wiatru i słone, przesycone wodą morską powietrze. Spojrzałyśmy za burtę, gdzie na morzu nasz prom zostawiał długi, błękitny ślad pełen morskiej piany. Dużo osób spędziło całą podróż na zewnątrz, opalając się i słuchając huku rozpryskujących się o statek fal. My po chwili wróciłyśmy do środka, gdy zaczęłyśmy odczuwać, że nasze sukienki robią się lepkie od panującej w powietrzu wilgoci.

Zauważyłam, że promem płynęli głównie Grecy. Mało było turystów z innych krajów. Paros posiada lotnisko, być może obcy przybysze decydują się na bezpośrednie połączenia z wyspą.

Nie zdążyłam chyba nawet doczytać przywiezionej gazety do końca, gdy po niecałych trzech godzinach rejsu usłyszałyśmy z głośników potok niezrozumiałych słów po grecku, które po chwili w wersji angielskiej informowały nas o zbliżaniu się do portu na Paros. Wzięłyśmy bagaże i razem ze wszystkimi zeszłyśmy na dolny pokład, gdzie w towarzystwie zaparkowanych samochodów i rowerów oczekiwałyśmy na opuszczenie bocznej ścianki promu. Statek praktycznie już stał w miejscu, czułyśmy minimalne kołysanie. Po chwili wielka platforma na ścianie zaczęła się opuszczać, a pokład wypełniło gorące, popołudniowe słońce Paros.

Z cyklu "zwiedzamy"...

February 28, 2010 przez bialaherbata   Komentarze (0)

,

Zatrzaskujemy za sobą masywną, żelazną furtkę. Mieszkające po sąsiedzku koty przemykają wzdłuż ogrodzenia i podchodzą do nas, przyzwyczajone pewnie do hojnych, naiwnych przybyszów, oczarowanych ich przymilnym spojrzeniem. Tutejsi już nie są tacy mili - kotów w Atenach (i chyba w ogóle w Grecji) wszędzie jest pełno, a co za tym idzie, ciągle zaglądają do tamtejszych kuchni i łaszą się w prośbie o kąsek czegoś dobrego. A jeśli się uprą, zamieszkają na Twoim podwórku, choćbyś konsekwentnie z nimi walczył i ignorował ich przeciągłe spojrzenia. My już z tymi kotami mamy trochę doświadczeń, więc z lekkim trudem ignorujemy je.

Jest duszne, bezwietrzne przedpołudnie. Spomiędzy sklepienia gęsto posadzonych drzew przezierają do nas promienie lipcowego, porannego słońca. Gorące powietrze przesycone jest zapachem egzotycznych drzew, słychać ciągłe cykania, gwizdy i inne odgłosy fauny zamieszkującej wysokie drzewa i krzewy. Zależy nam, by szybko dotrzeć do przystanku autobusowego jedynej linii, która jeździ w tej dzielnicy, bo mamy dzisiaj napięty program zwiedzania. Autobus pojawia się tu mniej więcej dwa razy na godzinę, co zdecydowanie działa na nas motywująco, by się pospieszyć. To ładny, zadbany rejon, pełen eleganckich willi z basenami, bujnych jak na te warunki klimatyczne ogrodów i samochodów z kategorii tych, na których widok wydaje Ci się, że nigdy nie będzie Cię na nie stać. Wracamy do domu zawsze trochę zmęczeni, bo trzeba się do niego wspiąć drogą o dużym nachyleniu. Kto widział Ateny, ten wie, że miasto w dużej mierze leży na kilku wzgórzach, szczególnie jego boczne dzielnice. Mijamy gustownie, nowocześnie zaprojektowane podjazdy, kilka mercedesów i samochodów o nieznanych mi wcześniej markach, oraz marmurowe obramowania okien pobliskich domów. Z daleka widzimy jedną panią czekającą na przystanku - znak, że autobusu jeszcze nie było. 610 w końcu pojawia się na horyzoncie. W środku przyjemny chłód, kilka wolnych miejsc siedzących. Autobus pędzi przez zakręty i liczne ronda naszej dzielnicy, by w końcu włączyć się w intensywny ruch na jednej z szerszych ateńskich ulic.

Dojazd do najbliższej stacji metra zajmuje nam około 20 minut. Wysiadamy na niemożliwie rozgrzany, wąski chodnik pod szeregiem wysokich biurowców. Na stacji metra niewiele lepiej, gdyż klimatyzacja albo dawno przestała skutecznie działać, albo jej tam w ogóle nie ma. Jesteśmy bliżsi temu drugiemu przeświadczeniu.

Już cieszę się na myśl o zaplanowanym spacerze po rejonach Sintagmy. Wysiadamy w centrum. Dookoła pełno ludzi różnych ras, muzyka, rowery, rolki, plecaki, porozkładane mapy... Ruszamy w drogę.

Wracając do źródeł - Akropol

February 27, 2010 przez bialaherbata   Komentarze (0)

, ,

Widoki Akropolu

Przed wyjazdem do Aten dużo nasłuchałam się o trudnej i męczącej wędrówce na Akropol. Znajomi, którzy tę trasę już odbyli, mówili, że niezbędny jest zapas wody, kapelusz, wygodne buty itd. I po części mieli rację, bo rzeczywiście coś do picia warto ze sobą mieć (ale nie tylko w drodze na Akropol, tylko w ogóle na cały czas zwiedzania), okrycie głowy pomaga chronić się przed ewentualnym udarem słonecznym, a odpowiednie buty do zwiedzania (dobrane do warunków wycieczki - inne można założyć na wieczorny wypad na drinka, inne na wycieczkę na wspomniany Akropol) to podstawa "ekwipunku". Nie zgadzam się natomiast co do trudności w wejściu na Akropol; wzgórze ma ok. 100 m wysokości, widoki są piękne, a podczas i tak krótkiej wędrówki towarzyszyło nam poczucie, że zbliżamy się do dowodu kolebki naszej cywilizacji.

Początkowo ruszamy z rejonów centrum Aten (jest nawet stacja metra o nazwie Akropol - żeby nawet najbardziej zagubieni turyści nie mieli problemu z trafieniem do celu). Aby dotrzeć do szlaku wiodącego na sam szczyt, trzeba przejść przez teren starego miasta, Plakę. Wąskie uliczki pnące się do góry, pełne sklepików i stoisk z gadżetami dla turystów początkowo niespecjalnie sprzyjały spacerowi w należytym skupieniu. Jednak im wyżej, tym mniej handlu, za to więcej krzewów i drzew winogronowych. W końcu pojawia się coś w stylu ogrodzenia, za którym znajduje się chodnik (ścieżka?) już na sam Akropol. Wejście płatne, ale za okazaniem którejś z międzynarodowych legitymacji studenckich (ja miałam ISIC), czy prasowych, zwiedzanie jest bezpłatne. Dalej już tylko grecki, naturalny klimat - trochę skałek po bokach, pachnące drzewa i z każdą chwilą coraz piękniejszy widok na okolicę. Chociaż momentami marzyliśmy o skoku na główkę do chłodnego basenu, to jednak już na szczycie wzgórza to pragnienie ustąpiło miejsca zachwytowi nad majestatem antycznych budowli i rozległą panoramą miasta.

Pamiętam silny wiatr, gorące słońce i, niestety, pełno turystów. Ale niesamowitym uczuciem było zobaczenie starożytnych świątyń na własne oczy, a nie tylko na fotografiach. Nie było z nami profesjonalnego przewodnika, zamiast tego zaglądaliśmy do informacji przeczytanych wcześniej w przewodnikach po Atenach. Jednak najwięcej można było odczuć osobiście, przechadzając się między porozrzucanymi na wzgórzu kamiennymi blokami, słuchając świszczącego wiatru i podziwiając widziane z góry Ateny, które z tej perspektywy wyglądały jak cichy gąszcz wąskich ulic, domów i bloków, a cała ich dynamika sprawiała wrażenie uśpionej, ustępującej miejsca podniosłej atmosferze odległych epok, które na szczycie Akropolu zostawiły swój ślad.

Polowanie na turystów, czyli rozbój w biały dzień

February 26, 2010 przez bialaherbata   Komentarze (0)

, , ,

Chociaż Grecy to generalnie otwarty na turystów i gościnny naród, jak wszędzie zdarzają się charakterologiczne wyjątki, które potrafią skutecznie uprzykrzyć Ci życie. Nie ma sprawy, gdy spotkacie się ze zwykłą sprzeczką, gorzej, gdy padniecie ofiarą nieuczciwości, czy oszustwa. A może to nie wyjątki, tylko plaga naszych czasów? Do czego zmierzam. Chciałabym ostrzec wszystkie osoby wybierające się do Aten przed jedną, szczególną linią metra (bardziej to pociąg, niż metro, bo jeździ na powierzchni), która wiedzie do portu Pireus. Zapewne to samo dotyczy wszelkich linii łączących miasto z lotniskiem, dworcami itp.

Połączenia te słyną z obecności kieszonkowców żerujących na zdezorientowanych, zagubionych turystach. Wystarczy im dosłownie moment Waszej nieuwagi, gdy np. studiujecie trasę swojego pociągu, czy patrzycie na mapę. Jadąc taką linią, szczególnie zwracajcie uwagę na bagaż i podręczne torby, w których trzymacie dokumenty, pieniądze, klucze itd. Niektórzy kieszonkowcy specjalnie się nie krępują i nie ukrywają, że chciwie patrzą na Wasze torebki. Dlaczego o tym piszę? Takie zagrożenia dotyczą wszystkich miejsc, w których można natknąć się na turystów (a turysta często kojarzy się z pieniędzmi, jak wiadomo), nie tylko w Grecji. Jednak to właśnie w Atenach zetknęłam się z kieszonkowcami. W tym raz, niestety, ze szkodą dla mnie.

Ale nie będę wracać do tego, jak okazało się już na miejscu w porcie Pireus, że portfel jednej z osób z naszej pięcioosobowej grupki zniknął. Zainteresowanych uspokoję, że miałyśmy jeszcze pieniądze na kontach i w innych portfelach, nic ważnego poza tym nie zginęło (paszporty i dokumenty ocalały, co od razu wszystkie sprawdziłyśmy), żadnej z nas nic się nie stało. Skończyło się na skoku adrenaliny, poczuciu bezsilności i, nie ma co ukrywać, wściekłości. W takich sytuacjach polecam skupić się na konkretach, które mamy w ręku - czy dokumenty osobiste zostały, czy mamy jakieś zapasy finansowe. Zwłaszcza, gdy wybieracie się na ciąg dalszy wakacji, tak, jak my wtedy! I uspokoić najbardziej poszkodowaną osobę, przekonywać, że skoro nikomu nic się nie stało, to to jest najważniejsze. No i że mogło to przytrafić się każdemu z nas. A co robiłyśmy wtedy w pociągu do Pireusu? Wybierałyśmy się na wyspę Paros, na którą miałyśmy dopłynąć promem z Aten. O Paros innym razem :)

Druga nasza styczność z kieszonkowcami miała miejsce w drodze powrotnej z Paros. Po tygodniu rozkoszowania się klimatem tej pięknej wyspy (chociaż na początku nie było łatwo, z powodu wydarzenia w dniu wyjazdu na Paros), wsiadłyśmy z powrotem na prom do Aten. Dopłynęłyśmy do Pireusu, wsiadłyśmy do pociągu w stronę centrum. Nauczone doświadczeniem, nie spuszczałyśmy z oczu naszych torebek, które mocno ściskałyśmy w rękach. Stałyśmy w naszej pięcioosobowej grupce po środku wagonu. Dodam, że był to środek słonecznego, gorącego, lipcowego dnia. Na którejś stacji wsiadło kilku mężczyzn w różnym wieku, każdy ubrany i wyglądający inaczej. Nie rozmawiali ze sobą, wyglądali na obcych sobie. Stanęli między nami i dookoła nas, tak, że właściwie nie mogłyśmy ze sobą rozmawiać. Mocniej objęłam moją torebkę ramionami i upewniwszy się, że nikt nie stoi zbyt blisko mnie, zaczęłam się przyglądać facetowi, który stanął na przeciwko. On zupełnie bez zażenowania patrzył na torebki każdej z nas po kolei, po parę razy. Może nie zwrócił uwagi, że to spostrzegłam, albo go to nie obchodziło? Jak się okazało, nie tylko ja zauważyłam, że coś jest z tymi panami nie tak, bo dałyśmy sobie milczące znaki, żeby patrzeć im na ręce (i sobie na bagaż). Na następnej stacji grupka mężczyzn wysiadła. Nieudane polowanie? ;)

Do tej pory, jak o tym myślę, czuję lekką złość. Wiadomo, że słyszy się o tym często, u nas w Polsce też. I wiemy, że trzeba pilnować swoich rzeczy, a jednak, mimo ostrożności, można dać się "zrobić". Może wydarzyło się to dlatego, że był to już początek drugiego naszego tygodnia w Grecji i nasza początkowo silna czujność została lekko uśpiona - bo wszystko tak dobrze się układało, takie ładne miasto, piękne widoki, tacy mili ludzie...

Dodam natomiast, że ten przykry incydent nie zmienił mojego nastawienia wobec Greków, bo wiem, że takie sytuacje zdarzają się wszędzie. Ale ile zdrowia nas to wtedy kosztowało, wiemy tylko my...

Prawdziwa sałatka grecka i gorące Ateny

February 25, 2010 przez bialaherbata   Komentarze (0)

, ,

Widoki Akropolu

W lipcu zeszłego roku byłam drugi raz w Grecji. Pierwszy raz był jakieś dziesięć lat temu i była to Kreta, w czasach, gdy najbardziej interesowała mnie odległość między moim pokojem, a basenem, oraz czy można w basenie trzymać wielkiego, nadmuchiwanego, łaciatego pieska. Można było, a więc moje greckie wakacje jaśniały mi jako najlepsze dwa tygodnie w roku i myślałam sobie, że chciałabym już tak zawsze spędzać wakacje w wodzie z nadmuchiwanymi pieskami. Rok później nieco się pozmieniało - interesował mnie nadmuchiwany delfin (a może to była orka?), z którego wiecznie się spadało. No i żeby fale były. Minęło kilka lat.

Opuszczaliśmy wyjątkowo deszczową Warszawę (a myślałam, że deszcz w lipcu to tylko w Tatrach). Była nas szóstka, częściowo rodzina, częściowo przyjaciele, równie bliscy. Lecieliśmy do Aten, gdzie mieszkaliśmy właśnie u rodziny jednego przyjaciela. Dom piękny, własny basen, tylko daleko do centrum, a autobus jeździł, jak chciał. Nauczyłam się mapy ateńskiego metra, szybko zorientowaliśmy się, gdzie robić sensowne zakupy blisko domu. Kolacje robiliśmy na tarasie przy domu. Przygotowywaliśmy prawdziwą sałatkę grecką bez dodatku sałaty, raczyliśmy się pysznym chlebem z jeszcze lepszą oliwą, do tego miejscowe białe wino za kilka euro i to nam wystarczyło, by być w siódmym niebie - zwłaszcza z rozległą panoramą Aten za murkiem.

Ateny mają swój klimat, ale akurat klimatycznie nie są zbyt przychylne, jeśli chodzi o zwiedzanie - gorąco, raczej niewietrznie, duszno, ale jak różnorodnie. Każdego dnia odkrywaliśmy coś nowego, aparaty fotograficzne praktycznie nie przestawały chodzić. I co jakiś czas przystanek na frappe, chociaż dla mnie była trochę za mocna. Poza moim wielkim rozczarowaniem, jakim okazało się zamknięcie muzeum botanicznego (trzy razy do niego podchodziliśmy, a dopiero za trzecim jakiś miejscowy robotnik powiedział nam, że ono w ogóle jest nieczynne), miło wspominam to nasze ateńskie zwiedzanie. Plaka, deptaki koło Sintagmy, Muzeum Benakisa, Akropolu, Bizantyjskie i Żydowskie, dzielnice willowe, ogrody narodowe - to wszystko wydawałoby się nieco z innego świata, niż Akropol, na który poświęciliśmy jeden dzień, a jednak w każdym z tych miejsc dało się odczuć specyficzny grecki charakter, który łączy dynamiczną nowoczesność z antykiem.

Na zwiedzanie Aten polecam mieć ze sobą na stałe butelkę wody (szczególnie, jeśli wybieracie się na Akropol), naładowany aparat fotograficzny i okulary przeciwsłoneczne, lub coś na głowę. Do tego warto mieć szeroką, cienką chustę, lub szal, którym osłonicie się przed słońcem. Przy odrobinie szczęścia możecie zmoczyć ją w kraniku np. w okolicach Akropolu i przykryć się taką właśnie schłodzoną. Moje zdjęcia z Akropolu możecie obejrzeć w jednej z moich galerii. A o detalach naszego zwiedzania innym razem :)


STRONA GŁÓWNA | O NAS | NASZE BANERY | POLITYKA PRYWATNOŚCI | SAMOUCZEK | LINKI

(c) 2009-2012 Copyright by giramondo.pl

projekt i wykonanie PROFES, tworzenie stron internetowych